Słuchawki w uszach i muzyka, która sprawia, że zaczynam iść po ulicy tanecznym krokiem. Ludzie się na mnie patrzą i pewnie byłabym zawstydzona, gdyby rytm Poranka nie zawładnął moim ciałem. Jakaś pani zaczyna się oburzać, gdy na nią wpadam, a ja zgrywam taką, która nie rozumie. Po paru sekundach użalań nad dzisiejszą młodzieżą odchodzi zniesmaczona w swoją stronę, a ja słyszę nieprzyjemny sygnał rozładowanej baterii. Z lekkim gniewem wpycham komórkę na dno plecaka, przy okazji sprawiając, że wypada z niego książka. Ostrożnie podnoszę ją z ziemi i przejeżdżam dłonią po okładce. Na pewno nie należy do mnie, nie wiem, skąd się wzięła w mojej torbie. Oglądam się wokół siebie, jakby szukając prawowitego właściciela zguby, ale nikt na takowego nie wygląda. Przyglądam się jeszcze raz okładce, na której widnieje czarno-biały obrazek przedstawiający najprawdopodobniej jakąś filmową scenę. Nie przypominam sobie, aby ktoś z mojej klasy był zainteresowany aktorstwem, ale nie zastanawiam się nad tym długo. Wzdychając, wkładam rzecz z powrotem do plecaka i obiecuję sobie, że przy najbliższej okazji zgłoszę u dyrekcji jej odnalezienie.
Wstaję i obrywam w twarz od gnającego z wiatrem liścia, wprawiając tym w rozbawienie jakąś grupkę licealistów przechodzących obok. Momentalnie spalam buraka i odwracam głowę w nadziei, że mnie nie rozpoznają. Nie mam pojęcia, czy mi się to udaje, ale na wszelki wypadek zarzucam torbę przez ramię i szybko kontynuuję moją drogę do domu. Po kilku chwilach zwalniam krok, przypatrując się szyldom sklepowym. Owoce i warzywa. Sklep spożywczy. Mięsny. Sklep z pamiątkami. Wcześniej nie zwracałam na niego zbytniej uwagi, ale teraz mnie zaciekawia. Staję przed nim, patrząc na cudeńka za szybą. Znajdują tam się ramki na zdjęcia, różnorakie figurki, modele statków, kolorowe pocztówki... Jedna, z fokami, szczególnie mi się podoba. Nie jestem kolekcjonerką, ale wchodzę do sklepu i ją kupuję. Tak naprawdę nie wiem, po co, ale chyba uległam piękności tej kartki. Chowam ją więc po dokładnym obejrzeniu i patrzę przed siebie. Instytut filmowy, nigdy nie byłam nim zainteresowana. Po prostu był i nikomu nie wadził, a ja nie darzę aktorstwa szczególnym zamiłowaniem. Patrzę na budynek około minuty i przypominam sobie o książce. To zabawne, ale czuję, że mógł napisać ją ktoś związany z tym miejscem. Kiwam głową z lekkim uśmiechem i mijam instytut, nie zawracając już sobie nim głowy. Po przyjściu do domu otwieram drzwi i zastaje w nich zagniewaną mamę.
- Dlaczego tak późno przychodzisz? W dodatku nie odbierasz, gdy do ciebie dzwonię. - mówi, czyszcząc kubek starą ścierką.
- Telefon mi się rozładował - przewracam oczami, próbując wejść do środka, ale mama zastawia mi drogę.
- Wiesz, jak ja się martwię? - łapie mnie za ramię i przyciąga do siebie, obejmując mnie mocno. Po chwili mnie puszcza i przypomina sobie o swoich obowiązkach rodzicielskich.
- Odrób lekcje. - krzyczy, gdy zaszywam się w moim pokoju. Nic nie odpowiadam, ale wykonuję polecenie. Gdy kończę, odzywa się ładująca się komórka. Ku mojemu zdziwieniu dzwoni do mnie Jess. Odbieram więc, ze zdumieniem upewniając się, że to faktycznie on. Nigdy do mnie nie dzwoni. W ogóle rzadko ze mną rozmawia.
- Hej, Sophie! - wita się radośnie, co zbija mnie z pantałyku. Należy raczej do osób... Cichych. Tak mi się przynajmniej wydaje.
- Cześć. Czego dzwonisz? - staram się, aby mój głos brzmiał jak najbardziej odpychająco, ale chłopak się tym nie zraża, tylko ukrywa chichot. Przewracam oczami i żałuję, że tego nie wie.
- Przyszłabyś może dzisiaj na koło teatralne? - pyta całkiem poważnie, a ja unoszę brwi, wzdychając ciężko.
- Słuchaj, Jess. Dobrze znasz odpowiedź. - mówię głośno i wyraźnie - Nie rób sobie ze mnie żartów.
- Ja i żarty? - chrząka, próbując zamaskować rozpierającą go radość. Mam już serdecznie dosyć jego gadania.
- Teraz słuchaj uważnie, chłopczyku - przerywam mu w połowie zdania - Nie miałam okazji z tobą pogadać nawet w realu, bo zawsze siedzisz w tej swojej zakichanej czytelni. Nie wiem nawet, skąd masz mój numer i nie dociekam, więc bądź łaskaw dać mi spokój! - ostatnie słowa wypowiadam nieco uniesionym głosem, po czym znów słyszę moje westchnienie. Jess nie został zbity z tropu moją wrodzoną szorstkością.
- Dobra, jak uważasz - wycofuje się ostrożnie, po czym kończy połączenie. Po chwili jednak przychodzi do mnie SMS z godzinami i miejscem zajęć, co spotyka się z moją niemałą dezaprobatą. Rzucam telefon na łóżko i wracam do robienia lekcji. Po paru minutach Jess znów do mnie dzwoni, wprowadzając mnie w furię.
- Nie zawalaj mi czasu, ok? - warczę - Nie mogę teraz rozmawiać.
- Na pewno nie chcesz iść? - pyta z nadzieją w głosie. Rzucam telefonem o ścianę, ale z uwagi na to, że to cegła, omal nie zostawia w niej wgniecenia.
Sama opadam na łóżko, skulając się w kłębek. Nie chce mi się nic, a w dodatku wcale nie chce mi się chcieć. Przytulam poduszkę, jakbym mogła się jej wygadać z wszystkich moich zmartwień. Czuję, że jest teraz mokra od łez, chociaż jako silna dziewczyna wcale nie miałam w zamiarach płakać.
Przypominam sobie o dzisiejszym znalezisku. Powoli wstaję i podchodzę do plecaka, z którego z niewiarygodną ostrożnością wyjmuję książkę. Patrzę na jej zniszczone, zagięte rogi. Poprzedni właściciel chyba zbytnio o nią nie dbał, więc czuję... żal? Czuję się, jakby była czującym stworzeniem, smutnym z powodu swojego opłakanego stanu. Mimowolnie przytulam ją do siebie, po czym otwieram ją, jakby zaraz się miała rozpaść na drobne kawałeczki.
Mimo, iż nie lubię aktorstwa i wcale mnie nie interesuje, książka przykuła moją uwagę. Mimo swojego żałosnego stanu i niezbyt przyciągającej wzroku okładki, wydaje się być inna niż wszystkie na temat teatru i filmu. Nie ma dedykacji, co chyba nie jest niczym dziwnym w poradnikach. Przynajmniej wydaje mi się, że to poradnik. Chyba jednak nie, bo jest podzielony na rozdziały. Nie znam się na książkach, nie miałam przyjemności przeczytać ich niesamowitej ilości.
Gwałtownie zamykam lekturę, gdy słyszę energiczne pukanie do drzwi. Chcę ją upchnąć do szafki, ale na próżno - mój młodszy brat, Nico, wbiega do pokoju, śmiejąc się głośno. Jego wzrok pada na mój nowo nabyty przedmiot, więc szybko do mnie podchodzi i próbuje wyrwać go z ręki. Trzymam go jednak mocno i wreszcie wyszarpuję z jego chudych dłoni.
- Skąd ją masz? - pyta, przyglądając się jej ciekawie z bezpiecznej odległości.
- Nie twoja sprawa - prycham, chowając ją wreszcie do szafki. Wstaję, podnoszę brata i wynoszę go za drzwi.
- Ukradłaś? - pyta jeszcze, nie pozwalając, bym zamknęła za nim drzwi.
- Nie. - odpowiadam krótko i ku mojemu zdziwieniu Nico od razu ustępuje. Jeszcze przez chwilę słyszę szuranie jego stóp po wypolerowanej przez naszą gosposię podłodze.
Koniec rozdziału pierwszego.
Na pytania, uwagi, poprawki i propozycje czekam w komentarzach :)